IronDragon Triathlon to rozgrywane najbliżej Krakowa zawody triathlonowe. Ze względu na małą odległość i wyjątkowo prostą logistykę (jednocześnie ograniczoną liczbę powodów by nie wystartować) był to jeden z moich najważniejszych startów w tym roku. W moim zamyśle miał to być start, w którym wszystkie atuty są po mojej stronie. Z jednej strony wiem już jak wyglądają zawody triathlonowe (to mój drugi start), a z drugiej wszystkie etapy odbywają się na trasach, które doskonale znam. Dystans pływacki jest zaplanowany dokładnie po mojej treningowej pętli w Kryspinowie. Natomiast dystans rowerowy to jedna z ulubionych tras na trening do 2 godzin (w związku z tym jedna z najczęściej wybieranych). Moja forma także powinna być najlepsza właśnie pod koniec sezonu. Generalnie wszystko było na „tak” – przynajmniej w planach. Ponieważ chciałem stopniowo wydłużać dystans – po 1/4 IM przyszła pora na dystans olimpijski (1.5 km, 40 km, 10 km). Do tej decyzji byłem przekonany praktycznie do dnia startu. Niestety tuż przed samym startem – gdy już ubrałem się w piankę i stanąłem na plaży – uświadomiłem sobie, że do przepłynięcia będą dwie pętle. Tymczasem moja psychika z trudem ogarniała przepłynięcie jednej (treningowo nie miałem z tym problemu ponieważ po przepłynięciu każdej długości robiłem krótki przystanek). Na zmiany było już jednak za późno a nie było nawet osoby z którą mógłbym przegadać pojawiający się lęk. Strach przed dystansem pływackim pozostał w mojej pamięci najwyraźniej – jest to lekcja, którą będę musiał przerabiać przed kolejnymi startami.
Lokalizacja i trasa zawodów
Same zawody odbywają się na zalewie w Budzyniu – wsi położonej ok. 10km od Krakowa w kierunku zachodnim (niedaleko lotniska Balice). Pełna nazwa zalewu to „Zalew na Piaskach”. Ponieważ jednak przystanek autobusowy przed zalewem ma tabliczkę Kryspinów (jadąc do Budzynia przejeżdżamy przez Kryspinów) – to większość krakowian tak właśnie nazywa dwa akweny wodne w Budzyniu. Same akweny powstały po zalaniu pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku kopalni piasku. Na same kąpielisko składają się dwa zbiorniki: mniejszy „Zalew Budzyński” oraz większy, bardziej rekreacyjny „Zalew na Piaskach”. Ten pierwszy jest teraz praktycznie niedostępny – 80% jego powierzchni zostało wykupione przez jednego inwestora, który ogrodził teren i sam akwen. Wynajęta firma ochroniarska pilnuje żeby z tego terenu nie korzystały osoby wypoczywające. Szkoda – bo mocno ogranicza to potencjał miejsca. Zawody odbywają się więc na drugim, większym „Zalewie na Piaskach”. W ostatnim czasie zmieniło się tam wiele – zagospodarowana została plaża, wybudowały się ośrodki żeglarskie, otworzyły się liczne restauracje. Ze względu na tłok oraz wyjątkowo drogi parking nie wybrałbym tego miejsca na weekendowy wyjazd z rodziną… jednak ze względu na lokalizację odkryłem to miejsce treningowo.
Czystość wody jest moim zdaniem mocno „średnia”. Widoczność około 50 cm – przy brzegu mleko. Dużo zależy od od pogody. Po zakończeniu pływania włosy mają intensywny zapach „karpia”. Moje subiektywne odczucia wskazują krakowskie Bagry jako znacznie czystszy i bardziej przyjazny do pływania akwen. Niestety ja na Bagry muszę jechać praktycznie przez całe miasto (czyli w godzinach szczytu to około 40 minut autem). Kryspinów w godzinach porannych to 15 minut samochodem (wyruszając z okolic krakowskich Błoń) – jest to więc znacznie lepsza lokalizacja na poranny trening.



Dystans pływacki w wariancie olimpijskim to dwie pętlę w środkowej części jeziora. Startuje się z centrum Iron Dragon (po prawej stronie drogi rozdzielającej akweny) i płynie się na drugą stronę w kierunku plaży i pomostów dla łódek. Potem powrót po trójkącie do miejsca startowego (trzeba opłynąć charakterystyczny komin). Trasa była dobrze oznaczona, bójki dobrze widoczne. W szczególności prosta była nawigacja w drugiej części pętli gdy płynęło się na komin.

Dystans rowerowy to dwie pętle wokół Doliny Mnikowskiej. W pierwszej części trasa prowadziła od północy doliny przez Mników, Skały w kierunku Baczyna. Potem, po zawrotce, mijała Dolinę Mnikowską od południa prowadząc przez Czułów do Kryspinowa. Pierwsza część pętli ma zdecydowanie dodatni gradient z najmocniejszym fragmentem przed samym Czułowem, gdy nachylenie dochodzi do 9%. Dalsza część trasy to szybki zjazd w kierunku Kryspinowa. Po drodze mijało się pomiar prędkości zainstalowany w Czułowie – dobrze było dokręcić do 60km/h. Zawody odbywały się w formule z driftingiem. Ważne było więc złapanie mocnej grupy po zakończeniu pływania. Ogólnie trasa bardzo przyjemna – bez niebezpiecznych miejsc. Na czas zawodów drogi były zamknięte – było więc bardzo bezpiecznie.

Ostatni etap to bieg na 2.5 kilometrowej pętli w pobliżu startu. Do pokonania były 4 okrążenia. Trasa była płaska z kilkoma zawrotami. Z jednej strony przyjemnie było oderwać się od monotonii drogi asfaltowej (wbiegało się na teren wypoczynkowy) jednak zakręty i zawrotki (3 na każdym okrążeniu) mocno wybijały z rytmu. Łatwo było zwolnić i trzeba było się pilnować żeby wrócić do wcześniejszego tempa. W trakcie zawodów dystans 10 kilometrów dokonywałem w dość intensywnym deszczu – na szczęście na trasie nie było błota.

Trasa zawodów, lokalizacja miasteczka startowego oraz strefa zmian były zaplanowane optymalnie. Trasy były ciekawe i dobrze wykorzystywały walory okolicy – zalewów, Doliny Mnikowskiej, terenów rekreacyjnych wokół jeziora. Brakowało może promocji lokalnych miejscowości (gminy Liszki, Kryspinowa) i regionalnych akcentów. Być może pogoda nie zachęcała do udziału w wydarzeniu. Biorąc pod uwagę liczbę startujących i osób towarzyszących zawody to była wspaniała okazja do promocji gminy.

Zawody
Do Kryspinowa przyjeżdżam na dwie godziny przed startem. Parking przy samych akwenach jest już niedostępny – miejsca postojowego szukam więc na terenie miejscowości. Ostatecznie parkuję przy jednym z okolicznych sklepów. W dni pracujące parking jest płatny jednak w dniu startu na placu nie było nikogo. Przygotowuję rzeczy i jadę zostawić rower w strefie zmian. Tym razem przydają się worki do przykrycia rzeczy w kuwecie – przed startem mocno pada deszcz i bez przykrycia wszystko pływałoby w wodzie. Wracam do auta i przebieram się w strój startowy. Przed dystansem olimpijski startuje sprint – idę więc pokibicować innym startującym.
Pływanie to tylko głowa i aż głowa
Pływanie OW nigdy nie przychodziło mi łatwo – zawsze z tyłu głowy pojawiał się lęk głębokości i sam dokładnie nie potrafię określić czego jeszcze. Tym razem niestety nie było inaczej. Im bliżej startu tym coraz silniejsze napięcie odczuwałem. Gdy już przed samym startem poszedłem się rozpływać, to nie mogłem się zmusić do zanurzenia głowy w wodzie. Momentalnie pojawiało się spięcie całego ciała i chęć jak najszybszego skierowania się do brzegu. Pojawiły się pierwsze myśli by wycofać się z zawodów. Przeszedłem już jednak przez bramkę i teraz o wycofaniu praktycznie nie było mowy. Czułem mocne bicie serca i w głowie układałem scenariusze: popłynę połowę pętli i wrócę brzegiem. Nie byłem tylko w stanie wyobrazić sobie scenariusza w którym kończę pływanie bez problemów. Staram się uspokoić oddech, wizualizować pływanie w basenie. Pętlę OW porównać z długościami basenu. Wszystko by czuć się bardziej jak w trakcie treningu. Takie myślenie pomaga mi wystartować i pokonać pierwsze metry.



Płynę jedna bardzo nierówno i na pierwszych 400 metrach wielokrotnie się zatrzymuję by skorygować nawigację i przede wszystkim uspokoić oddech i moje nastawienie. Skupiam się tylko na dopłynięciu do kolejnej bójki i zupełnie nie myślę ile trzeba będzie jeszcze przepłynąć. Robi się też znacznie luźniej i mogę złapać swój rytm. Zawodnicy przestają na siebie wpadać co znacznie zwiększa komfort. Znaczna poprawa przychodzi na drugiej pętli. Płynę już zupełnie spokojnie i nie potrzebuję się zatrzymywać do korekcji nawigacji. W pewnym sensie dla mnie zawody już się zakończyły – wiem już, że dopłynę do końca.





Na zdjęciach pierwszy etap zawodów – pływanie. Źródło: profil Facebook zawodów Iron Dragon.
Ostatecznie etap pływania kończę niewiele poniżej oczekiwań. Z planowanego tempa 2:10 min/100m wychodzi 2:32. Trochę wolniej niż na basenie ale to głownie efekt zatrzymywania na pierwszej pętli i problemów z „uspokojeniem” głowy.
Problem jednak nie zniknie w przyszłości będę musiał ponownie przepracować odporność na pływanie w otwartych akwenach.

Rower i bieg jak zwykle nagrodą za ukończone pływanie
Dalsza część zawodów to już praktycznie nagroda za pływanie. Odczuwałem tak niesamowitą satysfakcję i ulgę gdy mogłem już zdjąć piankę, że myślami byłem już praktycznie na mecie. Po pływaniu czas miałem słaby i musiałem na początku mocno przyspieszyć żeby znaleźć grupę z którą mógłbym trzymać koło. Na szczęście udaje się dogonić kilku zawodników z którymi dojedziemy praktycznie do mety. Tutaj było już bez niespodzianek: jadę ze średnią mocą w przedziale 230-250W. Dolegliwości bólowe w plecach nie pojawiają się. W trakcie biegu coraz bardziej odczuwam zmęczenie jednak trzymam równe tempo 5,03 min/km do mety.





Podsumowanie
Start w zawodach Iron Dragon miał być testem przed spróbowaniem dłuższego dystansu i połówki IM w 2023 roku. Ostatecznie uczucia mam bardzo mieszane. Rower (90km) i bieganie (21 km) to nie problem – obawiam się jedynie wody. W trakcie tego startu z emocjami zupełnie nie mogłem sobie poradzić.